Dobromiła Błaszczyk rozmawia z Adamem Rzepeckim, Marcinem Gieratem i Piotrem Lutyńskim

Niedawno Adam Rzepecki odbył podróż artystyczną do Stanów Zjednoczonych. Wziął też ze sobą prace trzech artystów i wspólnie stworzyli wystawę w Dolinie Śmierci. Z tej okazji spotkałam się z nim oraz Piotrem Lutyńskim i Marcinem Gieratem. Nasza rozmowa snuje się gdzieś po pustyni amerykańskiej, daleko od publicznych instytucji, sterylnych przestrzeni white cube.

Dobromiła Błaszczyk: W marcu 2016 roku wyruszyłeś do Stanów Zjednoczonych. W trakcie podróży zatrzymałeś się w Dolinie Śmierci. Tam też wykonałeś pewną akcję performatywną... W pewien sposób negująca instytucję galerii. Taki charakter działań artystycznych nie jest niczym nowym w twojej twórczości. Już początkowe działania w ramach Łodzi Kaliskiej wychodziły od tego buntu i niezgody na zamknięte środowiska artystyczno-instytucjonalne. Od pewnego jednak czasu (kiedy wasza działalność jako grupy wyciszyła się) swoim działaniom nadajesz nowy, inny kontekst: natura.

Zanim przejdziemy do ostatniego projektu, który zrealizowałeś przy udziale trzech krakowskich artystów: Piotra Lutyńskiego, Ignacego Czwartosa i Marcina Gierata, może powiedźmy jak do tego doszło.


Adam Rzepecki: Jakiś czas temu znalazłem informacje o Polaku, który nazywał, się Kazimierz Prószyński. Prószyński wynalazł w 1894 roku pleograf - kamerę i równocześnie projektor, rok przed braćmi Lumiere. W Paryżu po prezentacji wynalazku Ludwik Lumiere powiedział: "ten człowiek jest pierwszym w kinematografii, ja jestem drugi". Przez jakiś okres bardzo się tym tematem interesowałem, a także tym w jaki sposób wyglądała i działała taka kamera. W końcu kamera i aparat fotograficzny towarzyszyły mi przez prawie całą moją dotychczasową twórczość.

Później, kiedy okazało się że jadę do Los Angeles, postanowiłam wykonać pracę na ten temat. Miało to mieć charakter pomnika wystawionego w najodpowiedniejszym na to miejscu w Hollywood, niedaleko ikonicznego napisu dominującego nad doliną. Na tej tabliczce został wykorzystany jeden z czterech zachowanych do tej pory kadrów jego filmu: "Na ślizgawce". Zamontowawszy ten projekt zostawiłem go tam, aby mógł być konfrontowany ze zwykłymi przechodniami i mieszkańcami tego miasta, aby pobudził do zadania sobie pytania kto to był...



DB: Kiedy zacząłeś te podróże?
AR: W 2014 roku. Przy takich wyjazdach zainteresowałem się naturą i konfrontowaniem jej z kulturą - to zresztą trwa do teraz. Przy okazji ostatniego projektu pomyślałem, żeby zaprzyjaźnionym artystom zaproponować współpracę przy tworzeniu wystawy na piasku - w Dolinie Śmierci. To jest niezwykła dolina i ogromna przestrzeń, a zarazem miejsce najniżej położone w Ameryce (86 m. poniżej poziomu morza). Dodatkowo jest to miejsce nieprzystępne, gdyż jest tam bardzo gorąco. W czasie mojego wiosennego pobytu temperatura wynosiła 38°. Sama nazwa Dolina Śmierci wiele mówi o charakterze miejsca.

Z pewnej przekory nadałem tytuł wystawie/akcji Dolina Życia. I okazało się, że nie był to wcale zgrzyt. Ponieważ tam jest przez cały rok bardzo gorąco i strasznie sucho (deszcz pada średnio raz na dwa lata), to nasiona roślin, które spadły na to nieprzystępne podłoże (nie wiem co jest odwrotnością hibernacji) nie usychają, ale w pewien sposób konserwują się. Wystarczy jednak, że spadnie deszcz i w trakcie kilku dni cała pustynia kwitnie. Jakimś cudem trafiłem właśnie na ten moment. I tak tytuł z abstrakcji stał się rzeczywistością.

DB: Ale jak już powiedzieliśmy nie pojechałeś tam sam... Zabrałeś ze sobą prace Lutyńskiego, Czwartosa i Gierata. Oni przygotowali prace specjalnie na to wydarzenie. A czy twoja praca w jakiś sposób łączyła się z tą pierwszą pozostawioną w Hollywood?
AR: Tak, zaproponowałem im współpracę, ale ta akcja była jednorazowa i zamknięta. Podobnie zresztą jak ta poprzednia w Hollywood. Tamta była o tyle ważna, że kontynuowała moje wcześniejsze myślenie o akcjach wyjazdowych i działaniu polegającym na interwencji w zastane otoczenie. Na pustyni w Dolinie Śmierci w kilku miejscach pojawiają się wydmy i właśnie tam te prace zostawiłem.



DB: Ile trwała ta podróż.
AR: Byłem tam 10 dni. Uwielbiam przyrodę amerykańską, szczególnie Parki Narodowe - tam są niesamowite widoki. I podczas tej wyprawy też zrobiłem pewną rzecz. Od pewnego czasu dokonuję interwencji w naturze, a mianowicie odrysowuję cienie roślin i w potem konfrontuję je z kulturą. Zbieram też kamienie - początkowo jako pamiątkę z podróży - zabieram je jako część tamtego miejsca, tamtej przyrody. Z czasem jednak zacząłem wykorzystywać je do swojej twórczości, np. odciskam mokry papier na nich, czasami łączę z innymi elementami, innym razem łączę jedne z drugimi - robię z nich obiekty, o czasami o symbolicznej wymowie, jak chociażby łącząc kamienie z Izraela i Palestyny.

DB: Ale tu nadal widzę połączenie z Twoją twórczością w ramach Łodzi Kaliskiej... Granie ze stereotypami, uprzedzeniami i problemami społeczno-politycznymi przy dużej dozie ironii i humoru (także w stosunku do siebie samego i języka, środków jakimi się posługujesz)....
AR: To co teraz robię to jest to dla mnie też praca na mych wspomnieniach. Za każdym razem wiem skąd dane wspomnienie-kamień pochodzi. Na wszelki wpadek zawsze fotografuję je, aby przypomnieć sobie skąd on jest, każdy ma swoją historię.

DB: Z tej wyprawy też przywiozłeś kamień, a ile tam prac zawiozłeś?
AR: Każdy miał zrobić po dwie prace, ale co do ich treści i formy panowała dowolność. Pierwszy przyniósł Lutyński, a ostatni Czwartos.

DB: Piotr Lutyński przygotował prace nawiązujące do jego cyklu "kosmicznego", Marcin Gierat fotografie na szybach.
AR: Są góry, jest pustynia, Dolina Śmierci i przywiozłem tam prace przyjaciół, które są na pustyni czymś obcym, zewnętrznym. Fotografie zbudowane są ze światła, które przechodzi przez szyby, są motywy ryby, abstrakcja i motywy kosmiczne...

DB: I w tym wszystkim Ty - osoba negująca instytucjonalne skostnienie - jako kurator wystawy...
AR: Dokładnie. Ale w odróżnieniu od typowego komisarza wystawy moja rola jest skończona, nie do mnie należy ostateczne słowo. Weźmy chociażby sposób przyjętej pracy. Najpierw ułożyłem pracę w jeden sposób, wykonałem dokumentację zdjęciową, a następnie przyniosłem jej nieco wyżej na wydmy, aby zobaczyć prace w innym kontekście i zostawiłem je tam. I to nie jest ich ostateczne miejsce... Natura będzie kuratorowała tę wystawę sama, bez naszej obecności.
Piotr Lutyński: Nasza akcja to jest coś pomiędzy wystawą, wyprawą, czystymi prawami natury i kulturą.

DB: Czy zatem planujecie kontynuację tego projektu, czy to wydarzenie efemeryczne.
Marcin Gierat: Projekt jest zdecydowanie efemeryczny. Jeżeli będziemy go pokazywali to tylko w formie zdjęć dokumentujących zdarzenie, które na miejscu wykonał Rzepecki.

DB: Ta idea wystawy jako zdarzenia, tu i teraz, niepowtarzalnego i polegającego na silnej interakcji pomiędzy osobami je tworzącymi, otoczeniem i odbiorcami jest bardzo blisko tego w jaki sposób Piotr Lutyński myśli o sztuce: bez miejsca, bez zależności i jak najbliżej natury, z dała od instytucjonalnych relacji...
AR: Ta postawa niesamowicie mi się podoba, co więcej wtóruję jej. Myślę, że ona też była mi bliska od początku mojej twórczości kiedy dużo rzeczy robiłem z wkurzenia na instytucjonalne połączenia. Poza tym podoba mi się robienie projektów tylko dla tych osób, które są tym zainteresowane. Natura to najlepsza galeria...

DB: Wygląda na to, że na początku twój bunt na zamknięte środowisko artystyczne polegał na podjazdowej walce, ośmieszaniu, albo bardziej odsłanianiu mechanizmów społeczno-politycznych. To był rodzaj bezpośredniej walki. Teraz natomiast ten bunt to już nie walka wręcz, ale zdystansowanie się do sytuacji i na przekór, a może wręcz dzięki tej sytuacji, zwrócenie się bezpośrednio do zainteresowanego odbiorcy, lub praca dla siebie i nad sobą.
AR: Kiedy byłem w Kanadzie, mieszkając w kampusie Hamilton, często spacerowałem. Były tam ścieżki, które przemierzałem codziennie. Kiedyś zauważyłem napis, który mniej więcej brzmiał tak: sprawuj się dobrze na tej ścieżce bo policja obserwuje co robisz. Wtedy zrobiłem taką prywatną akcję, dla siebie, bardzo delikatną. Jednakże dla osoby przebywającej tam przez chwilę i pojedynczy raz - niemal niezauważalną. Były to subtelne interwencje w naturze, wobec niej i z wykorzystaniem jej. Obiekty powstały na miejscu i składały się w dużej mierze z patyków, gałązek i traw - elementów znalezionych.



Zebrane, uformowane tworzyły nienaturalne zbiory, które dokładałem, doczepiałem i dowiązywałem do znajdujących się przy ścieżce drzew i krzaków. Ludzie codziennie przechodzący tamtędy mogli, lub "nie" to zobaczyć, ale to zależało od ich chęci, spostrzegawczości i chęci obserwacji własnego otoczenia. Zrobiłem to z pewnej niezgody na narzucany nam sposób kontemplacji/ przebywania z naturą. Bo co to znaczy 'zachowuj się dobrze'?

DB: Dlaczego obiektem twoich zainteresowań stała się natura? Szerszemu gronu odbiorców jesteś znany z prac bardzo mocno zaangażowanych społecznie i politycznie, a tutaj nagle sięgasz do natury, czyli czegoś wręcz przeciwnego...
AR: Haha... jaka zaangażowana ;) Jeden z pierwszych obrazów jaki namalowałem to były Krzemionki [red.: formacja skalna pod Krakowem]... Myślenie o naturze zawsze było gdzieś głęboko we mnie. Myślę o moich wieloletnich samotnych wyprawach w góry (nie tylko polskie, chodziłem też po Pirenejach, dumny jestem ze zdobycia najwyższego szczytu Andory) czy też pomieszkiwaniu w mojej odludnej bacówce w Beskidzie Sądeckim.

W momencie, kiedy moje kontakty z Łodzią Kaliską rozluźniły się zacząłem drążyć te tematy, które zawsze zawsze mnie interesowały. Bądź co bądź praca w grupie, gdzie pięciu ludzi/artystów musiało dojść na zasadzie kompromisu do wspólnej pracy, wspólnej idei, to zawsze była to rezygnacja z części siebie, aby powstało coś wspólnego. Każdy musiał poświęcić część swojej indywidualności, a teraz pomyślałem, że będę tworzył prace, które sprawiają mi radość, niezależnie czy to będą realizacje udane czy nie, dobre, złe, głupie czy mądre. Robię je przede wszystkim dla siebie, dlatego też ten kontakt z naturą stał się tak mocnym elementem. Dlatego podróżuję, robię prace wobec natury, odrysowuję jej cienie, łapię ich istotę - o ile to w ogóle możliwe. Są to poszukiwania ważne dla mnie, niezależnie od oceny ogółu.

DB: Tym samym Wasza postawa wygląda jakbyście dobrowolnie zrezygnowali z życia w środowisku artystycznym i jego obiegu.
PL: Ostatnio rozmawialiśmy właśnie o tej sztuczności środowiska i wszystkich jego przejawów: wystaw, białych sterylnych white cubów, targów sztuki. Właśnie mamy targi w Bazylei. One są największym przejawem tej sztuczności, napuszenia i teatralności w oderwaniu od rzeczywistości. To przerażający supermarket sztuki. Chodzi tylko o to, żeby upłynnić towarek, światło nienaturalne, męczące i intensywnie rozproszone - wszystko idealnie powieszone od miarki. Wszystko przeciwko naturze. Nawet nie ma co sięgać tak daleko, to nawet nie ma nic wspólnego z kulturą tylko z estetycznym towarem.
AR: Im większa przestrzeń tym większy prestiż plus pokazanie, że jest się bogatszym od kolegi ze stoiska obok. Zmęczyło nas to. Robię zatem interwencje w naturze, rzeczy które ktoś może zobaczyć lub nie. Rzeczy, które mogły zostać ukształtowane przez przypadek, lub nie; które mogły zostać ukształtowane przez naturę, lub człowieka. Sztuka w symbiozie z naturą.



PL: Natura rządzi się swoimi prawami, a tu nagle zostawiasz obiekt, który jest takim subtelnym dotknięciem, jego delikatność i nietrwałość wprowadza lekki niepokój, strach o utratę równowagi, bo w naturze masz wszystko uregulowane, a tu artystyczne dotknięcie zaburza przestrzeń.

DB: Projekt Rzepeckiego, do którego nawiązujesz Piotrze został wykonany z elementów znalezionych - naturalnych natomiast to, co zrobiliście w Stanach Zjednoczonych to były prace-dzieła sztuki, które tam zostały zawiezione i wstawione w kontekst natury.
AR: Tak, to były dzieła sztuki i one jako element zewnętrzny zostały dodane do zastanej sytuacji. Wydaje mi się jednak, że nadal to nie jest sytuacja taka sztuczna jak biały sześcian galerii. My wiemy żeśmy te prace zawieźli, ale nie wiemy czy to ktoś zobaczy, nie wiemy czy już po jednej nocy piasek tego nie zasypał. Na tej pustyni była też informacja, że nie można zapuszczać się w głąb tej pustyni dalej niż 800 m gdyż można już nie powrócić. Te prace zostały zaniesione dalej niż ta nakazowa odległość, więc nie wiemy czy ktoś dalej się zapuści i zobaczy je.
PL: Poza tym jesteśmy ciekawi jak te sygnały, dzieła-znaki, które tam pokazaliśmy, w jaki sposób one będą zinterpretowane. Abstrakcyjne rzeczy są bardziej uniwersalne dla rożnych kultur, niosą ze sobą wspólne mianowniki. Np w pracach Jerzego Nowosielskiego zauważam rzeczy wspólne z Buddyzmem, malarstwem mnichów. Jest to wspólnota znaków dostępna ludziom na rożnych krańcach świata, coś co dopływa z wszechświata. I nawet nie chodzi o to, że są zrozumiałe, ale są "czute" przez wszystkich.
AR: Za dużo mistycyzmu...
MG: Chcieliśmy zobaczyć, czy nasze prace abstrakcyjne są czytelne w innej części świata.
PL: Podobno u Aborygenów jest taki zwyczaj, że szaman robi dla osób ze swojej społeczności jeden obraz i cała koncepcja oraz przyczyna powstanie przekonuje mnie. Podobno, kiedy młodzi chłopcy wracają z polowania to przychodzą do szamana. Następnie opowiadają mu o tym doświadczeniu a szaman w tym czasie wykonuje dedykowany jemu obraz. Chłopiec bierze go ze sobą, zanosi do dżungli i chowa np. na drzewie. Od tej pory od czasu do czasu przychodzi do niego i od czasu do czasu przychodzi do niego, gdyż tenże obraz jest jego siłą oraz mocą, a jest ona tak wielka, że jego kradzież zniknięcie utożsamiane jest ze skradzeniem duszy.

AR: Jest to piękna idea...
PL: Prawie tak samo jak to, że masz kogoś/coś kto o tobie myśli.
AR: Ja mam kamień, który przywiozłem stamtąd i on ma energię dająca wspomnienia.
PL: Myślę, że pracując, tworząc prace każdy z nas zostawia taką tarczę.

DB: ...A zostawiając tam prace chcieliście zostawić ten swój znak/energię?
PL: Nasze prace zaczęły życie w innej przestrzeni, wobec innych ludzi i ich świata w rozumieniu otoczenia, ich idei oraz energii. Głównym założeniem było rozciągnięcie w przestrzeni. Część nas jest gdzieś tam. Reszta ich losu to jest ich i nasze dalsze życie.
AR: Na początku miała to być gra natury i kultury, potem okazało się, że nasze wyobrażenia o tym co tam jest, mimo że ja to wcześniej na zdjęciach widziałem, to przerasta wszystko. Musisz dotknąć piasek, poczuć jego gorąco tak samo jak trzeba bezpośrednio podejść do dzieła sztuki. Dodając do natury element jakim jest dzieło sztuki tworzy się nowa jakość. Mimo tego, że początkowo są one naszą częścią z czasem stają się w większej mierze częścią piasków. Może ktoś tam dotrze teraz... może za tysiąc lat, ale my ich stamtąd nie zabierzemy.

DB: Ale zamontowałeś je na terenie Parku Narodowego... Czy to nie jest wbrew zasadom tam panującym?
AR: Z jednej strony tak, ale z drugiej strony reguły są po to, aby je łamać.

DB: Podpisaliście je?
AR: Tak, chyba tylko Ignacy Czwartos dopisał obok nazwiska Polska.. zostawił ślad...
PL: … ale czy to źle? W końcu projekt został wykonany w USA, a Amerykanie bardzo poważnie podchodzą do swojej narodowości, jej symboli i ideałów. Oni są z tego bardzo dumni. Z drugiej strony jak konfrontujemy się z takim ogromem, przestrzenią i siłą odwieczną jaką jest natura to wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Jednak miejsce, w którym się urodziliśmy, wychowaliśmy stanowi część nas i nie chodzi tu o patriotyzm, ale o pewien dyskomfort który odczuwamy z dala od tego miejsca bo ono jest nami.

DB: Teraz prowadzicie częściowo nowe życie w Stanach...
Jeszcze powracając do wcześniejszych myśli: opowiadania się wobec natury, dzielenia się sobą i wychodzenia naprzeciw innym to od razu myślę o Twoim Piotrze projekcie ....... Autobus. On też jest taką ideą bycia w drodze, poszukiwania innego sposobu wypowiedzi i dotarcia do odbiorcy poza tą, jak to ujęliście, 'sztuczną' sytuacją galeryjną. Wasze akcje, performensy, koncerty to łapanie chwili i reagowanie na nią. Żadnych białych ścian i wyabstrahowanej przestrzeni galeryjnej. W ten sposób docieracie do ludzi, jesteście bliżej nich i bezpośrednio dzielicie się ową energią z odbiorcą.
PL: Jesteśmy grupą dobrze rozumiejących się ludzi - przyjaciół i owe dzielenie się jest to sposób w jaki sposób chcemy żyć i tworzyć. Przy tym jesteśmy niezależni.
MG: Amerykańscy badacze przez wiele lat badali czym jest szczęście. I po 71 latach stwierdzono, że najważniejszy jest partner i grono przyjaciół. Cała reszta to dodatek. Te dwa elementy powodują, że jesteś szczęśliwszy i masz psychiczne oparcie.
PL: Dlatego działamy w ten sposób. Łączymy twórczość z życiem. Im więcej z siebie wkładasz w świat tym bardziej on ciebie dotyczy. Tym bardziej jesteś jego częścią. A ponadto wspólna wymiany myśli prowadzą do wymiany i interakcji w ramach sztuki, która jest nieodłączną częścią nas, naszej natury i naszego mikroświatu. Nie da się tego uniknąć. W ten sposób wszystko w "naturalny" sposób zatacza koło.
MG: Stąd ten nasz wspólny projekt w Dolinie Śmierci.
AR: Niestety, aby dojść do takiej postawy trzeba lat... Trochę banalnie to zabrzmi, ale aby to zrozumieć trzeba do tego dorosnąć, bo na początku drogi artystycznej o czym innym się myśli. Myślisz o tym, że skoro jesteś taki genialny, to powinieneś zrobić jak najwięcej wystaw, być znanym, zrobić karierę – najlepiej światową.
PL: Stowarzyszenie Otwarta Pracownia, w ramach której też działamy, to miała być właśnie taka idea miejsca składającego się z osób. To nie miała być przestrzeń, ale grupa artystów wspólnie działających i wchodzących z sobą w interakcje. Bo inaczej po co się stowarzyszać? Właśnie po to, aby działać razem... I nie dla idei, że jak jest wystawa zbiorów to jestem w grupie, a jak jej nie ma to jestem sam... to nie na tym polega.
AR: Grupa to jest rezygnacja z części indywidualności. To pewne wyrzeczenia, aby z innej strony otrzymać korzyści (i nie chodzi o te materialne). Dlatego zaprosiłem ich do wspólnego projektu.
PL: Mój znajomy, który jest geologiem i zajmuje się fizyką elementarną od długiego czasu bada problem granic człowieka i przedmiotów. Czy „ja” to jestem „ja”? Gdzie kończy się to „ja"? Czy może poprzez przebywanie w tym samym pomieszczeniu, oddychanie tym samym powietrzem, picie tej samej herbaty ja jestem już tobą a ty jesteś mną. Czy herbata jest moją częścią a ja jej? Mówi się przecież, że jesteś tym co jesz, czym się otaczasz? My nie kończymy się na końcach naszych paznokci... Elektromagnetyczne fale rozciągają się na 2,5 metra z samego serca. Zatem siedząc tu przenikamy się. My wchodzimy w swoje zakresy. Jak się o tym pomyśli, to to jest potężna siła. Bo ja nie jestem obok ciebie - ja jestem z tobą związany. Robiąc tobie krzywdę robię i sobie. Dostrzegając to zaczynasz inaczej postrzegać ludzi, swoje otoczenie, naturę. Twórczość i sztukę również.

Dobromiła Błaszczyk




link do wersji angielskiej w "Contemporary Lynx Magazine"