>


Marek Kacprzak

Niech żyje równouprawnienie,
niech żyją parytety!
Niech żyje Ojciec Polak!




Adam Rzepecki kpi z wmawiania nam na siłę, że różnica między kobietą a mężczyzna nie istnieje, że bez przeszkód możemy wymieniać się rolami, wzajemnie się zastępować, i że jedni drugim mogą być niepotrzebni. Już w samym tytule tej pracy kryje się coś irracjonalnego. No bo wystawić pomnik Matce Polce, to rzecz wzniosła i szlachetna, nawet jeśli wyśmiana, ale pomnika Ojca Polaka? I to taki?

Rzepecki w swojej pracy zawiera jednocześnie wiele wątków, znaczeń i sporo mówi o współczesnym dyskursie na temat roli płci. I choć praca pochodzi z początku lat osiemdziesiątych, to mam wrażenie, że teraz jest jeszcze bardziej aktualna niż wtedy.

Czarno-białe zdjęcie. Niezbyt starannie skadrowane, oświetlone bez większej dbałości. Myliłby się ten, kto by pomyślał, że wynika to z tego, że to tylko „projekt”. Bo Rzepecki, żadnej swojej pracy nie traktuje jako "tylko".

Choć można mieć takie wrażenie, gdy ogląda się niektóre jego poprzednie i późniejsze prace. Wykonane jakby na szybko, w pośpiechu, czasami od niechcenia, czy wręcz przy okazji robienia czegoś zupełnie innego. W przypadku "Projektu pomnika Ojca Polaka", ta, nazwijmy to, niestaranność, jest jasno i wyraźnie uzasadniona.

Mężczyzna po prostu przysiadł na krześle, by pomiędzy jednym, a drugim zajęciem zająć się dzieckiem. Tu nie ma czasu na dbanie o szczegóły, zwłaszcza, że dziecko pewnie wcześniej płakało (tak byłoby w normalnej, domowej sytuacji). Mężczyzna z gołymi nogami, nagim torsem, jedynie w sportowych szortach. Co robił wcześniej? Może prał, może sprzątał, gotował, lub bawił się z innymi dziećmi? Na pewno nie pracował w garażu, nie babrał się w smarach, nie wykonywał żadnych, "męskich" prac. Jest zbyt czysty, zwłaszcza dłonie, które nie noszą śladów nadmiernego trudu. Ale na tym męskim ciele nie ma też nawet kropelki potu. Miejsce też jest wybrane niezbyt starannie. Ale kto by się zajmował doborem miejsca, gdy małe dziecko wrzeszczy i domaga się opieki "tu i teraz", gdy nie ma czasu na dbanie o szczegóły, tylko trzeba opanować trudną sytuację. Nie ma czasu na to by wygodnie usiąść w fotelu, włączyć telewizor, przynieść sobie gazetę...

Trzeba usiąść gdzie się da i to jak najszybciej. Tak pokazany mężczyzna, pozbawiony jest swojej męskiej godności, samczej sprawności, cech zdobywcy, przywódcy stada, czy w końcu, w żaden sposób nie da się tu zauważyć jakichkolwiek symptomów klasycznego i tak pożądanego maczo. Mężczyzna zostaje sprowadzony do roli niańki, do pełnego upodmiotowienia. Tu nie ma miejsca na ideały, na określanie siebie, na wyrażanie własnych ambicji.

Taki mężczyzna nie może sam stanowić o własnej wartości, nie uczestniczy w wyścigu szczurów, nie współzawodniczy, nie pokazuje siły ciała i ducha, nie ma jej przed kim udowadniać. Kąt kuchni, a właściwie jakiś marnie urządzony przedpokój, jeszcze dobitniej podkreśla to spychanie do roli usługowej. Nie ma miejsca na wygodne, piękne miejsce.

To nie on w tej chwili decyduje, co, gdzie i jak robi. Nie on ma decydujące zdanie i w końcu nie on podporządkowuje sobie świat. To świat, w postaci małego dziecka podporządkował sobie jego. W ten prosty sposób, Rzepacki pokazał to, jak męski świat spycha w niebyt świat kobiecy. Jak widzi rolę matki polki. W końcu to, czego męski świat woli nie dostrzegać i nie oglądać w ogóle. Może dlatego artysta sam siebie uważa za pierwszego w Polsce feministę. W jednym z wywiadów na pytanie (o jego prace w ramach twórczości Łodzi kaliskiej), czy jest seksistą, a feminizm jawi mu się jako straszny diznozaur? Odpowiada:

Nie jesteśmy seksistami, kochamy kobiety, bez nich świat byłby nie do zniesienia. Feminizm w wersji Emily Wilding Davison czy pań Pankhurst popieram siłom i godnościom swojom osobistom. Niby-feminizm młodych polskich artystek to żenada i walka o zaistnienie w sztuce na fali modnego gender i feminizmu. Delikatnie głaskają ów feminizm, ale tak by się nim nie zbrukać. Zapytaj ich wprost i domagaj się jednoznacznej odpowiedzi: wasza sztuka jest feministyczna? Spójrz na Ewę Partum, na Natalię LL; tam gra była czysta. Może wtedy gdy ryzyko jest większe to i sztuka jest prawdziwsza?. Cóż ryzykują młode? Nic. Szybciej je kupią.

Praca Rzepeckiego na pewno nie jest stworzona z myślą o jej sprzedaży. O zarobieniu na niej dużych pieniędzy. Ale co w takim razie stanęło u podstaw? Ta fotografia niemal idealnie wpisuje się w manifest, który przez lata przyświecał Rzepeckiemu, jako artyście związanemu z Łodzią Kaliską. Na tym niepozornym zdjęciu Rzepecki zawarł to co, głosi, a w dobie utrzymywania politycznej poprawności, mało kto oprócz niego ma odwagę powiedzieć głośno. Choć pewne prawdy są niezmienne, nie da się zmienić natury i walka z nią nie ma sensu, to ciągle trwa próba zdefiniowania pewnych rzeczy na nowo, która to ma nam udowodnić, że jednak da się pewne role i bieg spraw odwrócić.

Rzepecki nie wpisuje się w ten nurt. Nie idzie z prądem. Ma swoje zdanie i konsekwentnie go broni. Czego dał niejednokrotnie wyraz. Choćby manifeście artystów Łodzi Kaliskiej:

II Manifest Futurystyczny Aktualny

My, czterej mężczyźni z Łodzi Kaliskiej będąc reprezentantami gatunku męskiego
Oświadczamy:
1. Segregacja płci była jest i będzie faktem
2. Kobiety są inną rasą i mężczyźni są inną rasą
3. Różnice są ogromne
4. Nie da się ich zniwelować nie zauważyć pominąć

My czterej mężczyźni reprezentując cały gatunek męski

Manifestujemy: Uwielbienie dla kobiet, dla ich matczynej mądrości, suczej przedsiębiorczości, naturalnej delikatności, macicznej desperacji waginalnej, wrażliwości przyzwalającej sile trwania, Boskości Bycia Kobietą.

My (wymienieni wyżej) mężczyźni,
Jako reprezentanci rodzaju męskiego dzielnie
Stwierdzamy:
Mężczyźni są gatunkiem gorszym w swej:
słabości fizycznej,
pierdołowatości decyzyjnej,
bojaźni przed jutrem,
małostkowej aneksyjności,
egoistycznej społeczności,
ksenofobicznej nietolerancji,
subiektywnej konsekwencji,
ekspansywnej zaborczości,
oraz powszechnej brzydocie.

Mężczyźni to pomyłka natury i tragedia społeczeństwa.

My mężczyźni, pozostając niestety reprezentacją gatunku męskiego jesteśmy wobec zaistniałej sytuacji bezradni i bezsilni spolegliwie pragnąc wykonywania czynności z zakresu: orzeźwienia wilgocią warg, omdlenia w uścisku ud, uwypuklenia pośladków, skłonienia pod ciężarem piersi, wyszczytowania sutek, dościgania wdzięczności, szyi omuskiwania, bioder ukrycia w cieple waginy.

Wiemy, że: Nike z Samotraki była jest i będzie zawsze piękniejsza od jakiegoś gównianego pędzącego samochodu wyścigowego z jego tandetnymi błyszczącymi rurami wydechowymi

Niech sczezną mężczyźni ch.i.w.d.
2006/2009 Łódź Kaliska




Adam Rzepecki w swojej pracy prowokuje jeszcze do innego spojrzenia na rzeczywistość. Nie bez znaczenia jest przecież to, że wybrał rolę ojca karmiącego. Co samo w sobie jest już całkowitym przemieszaniem ról, które w rzeczywistości nastąpić nie może. I to bez względu na wyznawane, mniej lub bardziej feministyczne poglądy, którejkolwiek ze stron. Ról płciowych nie da się płynnie wymieniać. Nawet jeśli widzimy tu idealnie wydepilowaną klatkę piersiową. Nawet jeśli dziecko otwiera usta, a ojciec delikatnie je przystawia i głaszcze, to wiadomo, że mleko z tej piersi nie popłynie. Jednak nie tylko o brak pokarmu tu jednak idzie. Rzepecki pokazuje w ten sposób jeszcze jedną rzecz. Męską fascynację kobiecymi piersiami. Fascynację, która często objawia się wręcz obsesyjnie. Piersi, które mają być i są życiodajnym źródłem dla niemowląt, w oczach mężczyzn stają się obiektem pożądania. Rzepecki swoją pracą zachęca do postawienia się w tej roli, sprowadzenia samego siebie do roli mamuśki, do uprzedmiotowienia ciała. Coś na co zwraca uwagę Rzepecki, dostrzegają również kobiety. Mniej lub bardziej świadomie, mniej lub bardziej dokuczliwie, ale już niektóre potrafią o tym głośno mówić. W chwili gdy „projekt” powstawał, w Polsce takich głosów było niewiele, a nawet jeśli były, to raczej były niesłyszalne. Mało kto i dziś potrafi powiedzieć na głos to, co Rzepecki pokazał prawie trzydzieści lat temu. Dziś Katarzyna Górna w rozmowie z Arturem Żmijewskim w książce „Drżące ciała. Rozmowy z artystami”, na pytanie, czy „ Mężczyźni traktują cię jak mamuśkę?” jest w stanie odpowiedzieć: „Potrafią przytulać się do moich piersi, stają się nachalni. To u facetów objawia się jakoś mimowolnie, podświadomie. Przeszkadza mi to, bo nie lubię siebie w roli matki w relacjach damsko-męskich. Poza tym oni adorują moje cyce, a nie mnie.”

Czy w "Projekcie pomnika Ojca Polaka" da się u mężczyzny adorować cyce? Bez wątpienia nie. Tak postawione pytanie, samo w sobie staje się już kuriozalne. Tu te piersi stają się piersiami, które mają karmić, a nie podniecać. Tyle, że nie podniecają, ani nie karmią.

Te piersi są bezużyteczne i kłopotliwe w ustach małego dziecka. Tak przedstawiony mężczyzna traci swoją męskość. Jego obnażenie, które nie ma na celu prężenia muskułów, napinania bicepsów, staje się ukazaniem bezradności w takiej sytuacji. Niedostosowaniem do roli. Na nowo należy zastanawiać się nad definiowaniem roli ojca w procesie wychowawczym. Nad jego miejscem, jego przystosowaniem i jego ładunkiem emocjonalnym. Mężczyzna w takiej pozycji jest też zaprzeczeniem wizerunku mężczyzny jakiego znamy, zaprzeczeniem wizerunku jaki znać powinniśmy. To nie walczący heros, nie wyprostowany i prężący się Apollo, ani też zamyślony mędrzec. Tu mężczyzna przycupnął gdzieś w kącie, tak by nikt go nie widział, by nikt nie zapamiętał takiej jego roli. By nikt nie domyślił się, że zamiana ról mogłaby nastąpić. Rzepecki nie zostawia miejsca na mistycyzm, na kontemplacje, na uwznioślenie mężczyzny w statusie przewodnika stada. Zamiana ról burzy porządek społeczny i ikonograficzny. To przecież kobieta ma dzieciątko na rękach. To kobieta przyjmuje do siebie małego Jezusa, by przekazać go światu. U Rzepeckiego następuje odkłamanie ról. Nie ma boskości, nie ma niepokalanego poczęcia, nie ma macierzyństwa. Wiele lat później walczyła z tym też, cytowana już tu Katarzyna Górna. U tego samego Artura Żmijewskiego mówi o swoich Madonnach: „W idei niepokalanego poczęcia jest dla mnie pewna zagwozdka. Jak taka absurdalna rzecz mogła przyjść komuś do głowy?! Czy dlatego normalne poczęcie jest pokalane? Czym pokalane? Chyba stosunkiem, czyli właściwie mężczyzną. Więc wszystkie kobiety są grzeszne, bo maja seks z facetem?” W pracy Rzepeckiego nie ma miejsca na poczęcie. Tu nie ma miejsca dla kobiety. Ale Rzepecki wcale nie walczy z kobietami.

Pokazuje jak absurdalna może być walka o rolę płci. Dokąd może prowadzić źle rozumiana walka o rolę kobiety i rolę mężczyzny we współczesnym świecie. Rzepecki zrywa z wizerunkiem kobiety-madonny. Jego śladem idą inni artyści. Górna w swoich pracach może już pójść krok dalej:

"Posługuję się wizerunkiem bóstw i przedstawieniami nawiązującymi do ikonografii chrześcijańskiej, do pobożnych obrazów. Robię to, żeby pozbawić te postacie świętości. Moje bóstwa to zwykli ludzie. To moja polemika z Kościołem, z wizerunkiem kobiety-madonny, z pojęciem czystości. Aby doszło do zapłodnienia musi być owulacja, kobieta musi miesiączkować, krwawić... Dla Kościoła to wszystko jest nieczyste. Uważam, że chrześcijańska świętość jest obłudna, wizerunek kobiety idealnej, który kościół próbuje nam wciskać od dziecka, jest fałszywy. Zdjęcia, które robię, są dosłowne, nie fałszuję obrazu kobiety."

U Rzepeckiego zdjęcie też jest dosłowne, ale z całą premedytacją artysta sprawił, że obraz jest zafałszowany.

Patrząc na tę prace nie można nie zauważyć jeszcze jednego, ważnego elementu. Nie bez znaczenia jest to, że na tym zdjęciu widzimy autora. Rzepecki występuje tu w kilku rolach. Ojca, artysty i samego siebie.

A skoro tak, to należy patrzeć na to zdjęcie jak na lustro, w którym może przejrzeć się każdy mężczyzna, w tym wypadku, z Rzepeckim na czele. Autor chce się w nim przejrzeć i zobaczyć to, jakby wyglądał w zupełnie innej roli. W ten sposób chce się na nowo określić. Bo do tej pory nie miał takiej możliwości. Jacques Lacan w Stadium zwierciadła zauważył, że dopiero widząc odbicie możemy zacząć się określać, wyjść poza sferę wyobrażeń.

Ileż to osób, próbowało się wyobrazić w roli nie swojego ciała. Rzepecki proponuje odbicie w lustrze. Bo nikt, z wiadomych przyczyn nie miał możliwości zobaczenia swojego odbicia. I co wtedy? Czy wtedy ma szansę na stworzenie swojej osobowości, czy też nie? Jak teraz należy traktować "to obce", które staje na przeciw niego. Lacan proponuje takie podejście do tematu, z którego wynika, że stając przed lustrem, z „wolną” głową, sami siebie odkrywamy, że w jakimś sensie kompletujemy siebie jako całość z tych fragmentów, które dostrzegamy i traktujemy je do tego momentu jako oddzielne, niepołączalne byty. Swoją drogą ciekawe, kiedy w czasie – nazwijmy go – bez lustra, nastąpił by moment identyfikacji siebie poprzez obraz drugiego człowieka, np. poprzez spotkanie z innym mężczyzną z dzieckiem przy piersi. Jeśli to w ogóle było by możliwe – taka identyfikacja. Dlatego trudno się nie zgodzić z Lacanem, który mówi o tym spotkaniu „w lustrze”, że „(…) umożliwia wykształcenie się pierwotnej formy Ja, zanim jeszcze zobiektywizuje się ono w dialektyce identyfikacji z drugim człowiekiem i zanim jeszcze język wyznaczy mu w obrębie powszechności funkcję podmiotu”.

Warto chyba przy tej okazji zastanowić się jeszcze nad jednym aspektem. Jeśli po spotkaniu z lustrem rozpoczyna się ten długi proces, który mocno i nieodłącznie zazębia się z szeroko rozumianą socjalizacją i określaniem własnego ja, skoro jak pisze Lacan „Moment, kończący stadium zwierciadła, zapoczątkowuje poprzez identyfikację z imago bliźniego i przez dramat pierwotnej zazdrości (...), dialektykę, która odtąd łączy ją z sytuacjami społecznymi”, to czy nie jest trochę tak, że odkrycie siebie w istocie powoduje początek procesu gubienia siebie? Może tak jest, że chwila, w której siebie odkrywamy jest jednocześnie chwilą, w której zaczynamy siebie kształtować. Jeśli tak, to można by zaryzykować twierdzenie, że moment odnalezienia swego „ja” jest jednocześnie początkiem zacierania i gubienia „ja” na rzecz „ja wyobrażonego”. Bo skoro dążymy do „idealnego ja”, to nasze „ja” już nigdy nie jest w pełni nasze, tylko zawsze już będzie skażone wpływami próby jego ukształtowania. W lustro możemy patrzeć z różnymi założeniami. I chyba to pierwsze spotkanie z samym sobą odbitym w lustrze, jeszcze nieskażone i będące w pełni całkowicie nowym doświadczeniem może być doświadczeniem jednorazowym. Każde następne spotkanie z lustrem, będzie już naznaczone poprzednim doświadczeniem. Będzie formą nie nowego spotkania, a kontynuacją poprzedniego.

Wydaje się, że w tym wypadku, gdy patrzymy na pracę Rzepeckiego jako na lustro, to można się zastanowić, czy jest to lustro, "które odbija doświadczenie prawdy" – jak chce E. Rewers w "Interpretacji jako lustro, różnica i rama". Przecież im więcej wiemy, tym więcej widzimy. Bo nie czas stanowi tu o tym, ile jesteśmy wstanie dostrzec. O naszym postrzeganiu obrazu w lustrze stanowi właśnie nasze doświadczenie, przeżycie. Wtedy otwierają się przed nami nowe możliwości i nowe perspektywy. Nie należy jednak zapominać i o tym, że do lustra (bez względu, co przez to rozumiemy) możemy podejść z konkretnym, z góry ustalonym nastawieniem. Możemy przecież szukać w nim potwierdzenia, tego co sami wyobrażamy sobie o samych sobie. Ale możemy szukać w nim też zaprzeczenia, tak by udowodnić sobie, że nie ma tego (nie widać), co chcemy ze świadomości wyprzeć. Comt na przykład miał nad swoim biurkiem lustro na stałe. Widział w nim siebie. Rzepecki w swoim zdjęciu też widzi siebie. Czyli kogo widzi każdy nich? Bo skoro nie ma dwóch takich samych interpretacji danego dzieła, to nie mogą też istnieć, w tym znaczeniu, dwa te same obrazy. A lustro, o naiwności! - Wcale sprawy nie rozwiązuje. Właściwie teraz już wiem, że tę sytuację jeszcze bardziej gmatwa.

http://marekkacprzak.bloog.pl/id,332369466,title,Niech-zyje-rownouprawnienie-niech-zyja-parytety-Niech-zyje-Ojciec-Polak,index.html