Kultura/ Zrzuta/ Rzepecki!
Dawid Radziszewski, Dominik Kuryłek, Adam Rzepecki, Grzegorz Zygier

Fragmenty panelu dyskusyjnego towarzyszącego wystawie "Preferuję bardziej zrzutę niż kulturę" w BWA Sokół w Nowym Sączu.


Dawid Radziszewski: Dobry wieczór Państwu! Postanowiliśmy, że w ramach tej wystawy odbędzie się także panel z udziałem Adama Rzepeckiego, Grzegorza Zygiera i Dominika Kuryłka. Grzegorz jest przyjacielem Adama Rzepeckiego, a jako artysta i jest jednym z nielicznych przedstawicieli krakowskiego odłamu Kultury Zrzuty. Dominik Kuryłek pracuje w Muzeum Narodowym w Krakowie i lada dzień obroni swój doktorat w Instytucie Historii Sztuki UJ. W swoich badaniach zajmuje się sztuką lat 80. ze szczególnym uwzględnieniem Kultury Zrzuty. Dominik jest też autorem tekstu w katalogu do tej wystawy, który ukaże się niebawem i w którym będą się Państwo mogli szerzej zapoznać z twórczością Adama Rzepeckiego i pewnymi kontekstami, które dla tej twórczości są istotne. Ja jestem kuratorem tej wystawy. Zanim przejdziemy do Kultury Zrzuty, do kontekstu, w którym jest zanurzona sztuka Adama Rzepeckiego, chciałbym Ciebie Adamie zapytać, jak się zaczął twój kontakt ze sztuką, dlaczego nie zostałeś ślusarzem, profesorem historii sztuki albo lekarzem?

Adam Rzepecki: Najkrócej odpowiedziałbym "Nie wiem".

DR: Ale może jednak coś jest zanurzone w tej niewiedzy?

AR: Studiując historię sztuki w Krakowie, spotkałem genialnego profesora, Mieczysława Porębskiego. Podczas poświęconego jemu właśnie spotkania w Krzysztoforach powiedział, że tak naprawdę nie czuje się historykiem sztuki, gdyż mógłby policzyć na palcach jednej ręki wybitnych historyków sztuki, których wykształcił. Więcej miał wśród swoich wychowanków dziennikarzy i aktorów, a znalazłoby się nawet kilku ministrów. Podziękowałem wtedy panu profesorowi, mówiąc, że dzięki niemu zrozumiałem, że nie będę historykiem sztuki, tylko artystą.

DR: Pod koniec lat 70. studiujesz historię sztuki w Krakowie, wtedy na twojej drodze pojawia się grupa artystyczna SEM z Akademii Górniczo-Hutniczej.

AR: Mieli genialną wystawę "Ślady" w Krościenku polegającą na tym, że fotografowali fragmenty nieskażonej przyrody, później w skali 1:1 robili ich odbitki, które naklejali na płytach chodnikowych. Kuracjusze, chcąc nie chcąc, musieli niszczyć fotograficzne ślady przyrody. Było to fajne połączenie myślenia konceptualnego z fotografią socjologiczną.

DR: A galeria w Jaszczurach?

AR: Była to typowo fotograficzna galeria. Gdy ja zacząłem ją prowadzić, pojawiły się w niej dwa nurty, jeden, jak oni to nazwali, socjologiczny, a w ramach drugiego pojawiali się polscy artyści awangardowi, których poznawałem na plenerach. Zresztą, w galerii, którą wtedy prowadziłem wystawiała śmietanka tej awangardy: Zbyszek Warpechowski, Jan Świdziński, Andrzej Partum, Jerzy Bereś i Władek Kaźmierczak. [...]

Walenie po dupach

DR: Na przełomie lat 70. i 80. spotykasz kolegów z Łodzi Kaliskiej. Kiedy postanowiliście, że będziecie tworzyć grupę?

AR: W życiu pojawiają się przypadki, które trzeba wykorzystywać. Zaproszono nas wspólnie na plener fotograficzny do Darłowa. Przyjechaliśmy tam z Filharmonią Łódzką, która miała nam uprzyjemnić pobyt. Przy wejściu do ośrodka stały stoliki – przy jednym trzeba było się zarejestrować, przy innym wziąć bloczki na posiłki, a my jeszcze postawiliśmy kolejny. Zbieraliśmy po 2 złote i 50 groszy za aklimatyzację. Za te pieniądze kupiliśmy kilka skrzynek wódki, a później z orkiestrą i tą wódką obchodziliśmy wszystkie pokoje, żeby zaprezentować Filharmonie Łódzką. To się nie spodobało kierownictwu. Powiedzieli, że takich rzeczy nie można robić na terenie ośrodka. Następnej nocy zrobiliśmy jeszcze większy koncert, za płotem, ale na wprost dyrekcji. Dyrekcja nie wytrzymała i wyrzuciła nas. Wtedy właśnie postanowiliśmy działać razem i zrobić w Darłowie na głównej ulicy performance, którego tytuł oddaje wszystko, co działo się w jego trakcie: "Przegrodzenie ulicy białą wstęgą celem narzucenia na publiczność czarnej szmaty, skrępowania i walenia po dupach". Nie ma się co śmiać, z okazji trzydziestolecia Łodzi Kaliskiej, pan burmistrz Darłowa odsłonił właśnie w tamtym miejscu tablicę właśnie takiej treści.

DR: Czy myślałeś wtedy o grupie Łódź Kaliska jako grupie artystów, z którymi będziesz pracował przez najbliższe lata?

AR: Skonsolidowaliśmy się przez wykluczenie. Potem się rozjechaliśmy do Krakowa, Warszawy i Łodzi, ale postanowiliśmy wspólnie zrobić wystawę, którą nazwaliśmy "Od początku". Odrzuciliśmy jakby wszystko to, co do tej pory robiliśmy. Była to wystawa sześciu indywidualności, które dopiero później docierały się w różnych innych działaniach, żeby robić wspólne realizacje jako Łódź Kaliska. [...]

DR: Dominiku, mógłbyś jakoś skomentować te perypetie, o których opowiada Adam?

Dominik Kuryłek: Przed tym prześmiewczym okresem, w cudzysłowie: walenia po dupach i pokazywania gołego tyłka na plenerach, pojawiała się w ramach działania Adama Rzepeckiego i jego kolegów z Łodzi Kaliskiej pod koniec lat 70.poważna refleksja na temat tego, w jaki sposób przedstawiamy rzeczywistość za pomocą fotografii.

Już wtedy pojawiało się pytanie, czy fotografia przedstawia prawdę. Znam wypowiedzi przedstawicieli solidarnościowej opozycji, którzy wspominają, że nie wierzyli gazetom, ale uważnie przyglądali się fotografiom, bo uważali, że dzięki nim zobaczą, jak było naprawdę. Adam Rzepecki z grupami SEM i Łódź Kaliska zaczęli zajmować się fotografią, żeby zweryfikować czy ona rzeczywiście nie jest uwarunkowana. Rozmazane autoportrety albo fotografie przedstawiająca jedną rzecz, ale z różnym czasem naświetlania, pokazują, że fotografia zawsze może zmieniać odzwierciedlaną rzeczywistości poprzez majstrowanie przy sprzęcie, który paradoksalnie służy temu, żeby tę rzeczywistość oddawać. Już zatem na poziomie działań z fotografią pojawia się refleksja na temat wizualności, która w konsekwencji prowadzi do refleksji na temat kultury w ogóle. To bardzo krytyczna refleksja. Pokazując tyłek, tworząc żenujące sytuacje, Łódź Kaliska i w tym Adam Rzepecki stosowali przemyślaną strategię artystyczną, która miała prowadzić do rozsadzenia całości systemu, nawet bardzo progresywnej sztuki, nazywanej awangardową. Wartość tych działań polega na zwróceniu chyba po raz pierwszy w polskiej sztuce uwagi na to, że wprawianie innych w zażenowanie jest jednocześnie działaniem jakby wbrew samemu sobie. Żenowanie samego siebie miało okazywać się radykalnym działaniem antykulturowym, a w konsekwencji zmieniającym kulturę. Adam nie wspomniał o wydarzeniu z maja 1981 roku zatytułowanym „Siedem dni na stworzenie świata”. Według mnie było to dla Łodzi Kaliskiej wydarzenie konstytutywne. Podczas serii działań, które opierały się na żenadzie, artyści postanowili wypróbować na sobie samych własną strategię, czyli wystawiać się na strzały swoich kolegów. Zamknęli się w przestrzeni jakiegoś podwórka i przez siedem dni chcieli, jak to określili, stworzyć świat ex nihilo, czyli z niczego. W swoim tekście na temat tego działania Włodzimierz Adamiak napisał, że przez siedem dni będzie stwarzał świat tak jak np. Leonardo da Vinci tworzył Monę Lizę. Podobnie dla Adamiaka tworzeniem świata było wymyślenie koła. I tę myśl zestawił z waszymi działaniami w Krakowie. […]

AR: W wyniku naszych działań byliśmy wykluczeni ze środowiska sztuki, żaden komisarz wystaw, żadne BWA, żaden krytyk sztuki nie był nami zainteresowany. Byliśmy takimi chuliganami i rozrabiakami, doszliśmy do wniosku, że jako ludzie i artyści tak upadliśmy, że musimy to pokazać, że jesteśmy upadłymi artystami.

Kultura Zrzuty

DR: Chciałbym, żebyśmy przenieśli się teraz z Krakowa do Łodzi. Grzegorzu, razem z dwudziesto-, trzydziestoletnimi chłopakami i dziewczynami stworzyliście quasi-grupę, ale także pewne miejsce, z którym ta grupa była związana, czyli stworzyliście Strych. I chciałbym, żebyś opowiedział o genezie i atmosferze tego miejsca i relacjach między Wami.

Grzegorz Zygier: Strych był częścią prywatnej pracowni Włodka Adamiaka, którą nam udostępnił. Część zachował dla siebie, ponieważ działało tam jego biuro. Łódź leży w środku Polski, dla wszystkich było tak samo daleko. Strych był miejscem, gdzie ci, co przyjeżdżali i nie mieli się gdzie zatrzymać, mogli przenocować. Tam odbywały się, chyba trzy, festiwale niemego kina. Oprócz tego miało miejsce składanie "Tanga". Wyobraźcie sobie państwo tworzenie pisma, które trzeba złożyć w dwustu egzemplarzach – każdy z uczestników dostarczał ręcznie wykonane prace w tylu właśnie kopiach. I trzeba było poskładać jedno pismo.

AR: Każdy, kto tam przychodził, otwierając drzwi, czuł powiew wolności. Nie miało znaczenia, czy był to pracownik elektrociepłowni Siekierki (rzeczywiście się taki pojawił) czy artysta. Ważne było to, że się przebywa ze sobą – w pewnym momencie uważaliśmy, że produkowanie prac nie ma sensu, że ważniejsze jest przebywanie z sobą. Pamiętam, że proponowałem wystawę Andrzejowi Różyckiemu, który jest mistrzem dla Łodzi Kaliskiej, wystawę w Krakowie. On wtedy odpowiedział: "Ale Adam, tutaj sobie siądziemy, pogadamy, dowiesz się więcej, niż zobaczysz w mojej fotografii". To był właśnie ten rodzaj myślenia.

GZ: Powierzchnia strychu okazała się dla nas za mała. Padła zatem propozycja, by spotkać się na plenerze. Odbywało się ona na prywatnej posiadłości Zbyszka Pińczyka. Był tam dom letniskowy, dzięki któremu mieliśmy dach nad głową, pozostało nam tylko dokonać tradycyjnej zrzuty na wyżywienie. Byliśmy tam całkowicie swobodni i wolni.

DR: W samym centrum Łodzi pojawia się Strych i stu podejrzanych dla władzy młodych ludzi… Czy mieliście w ogóle poczucie inwigilacji?

GZ: Właściwie odbywało się to bezkarnie, poza tym, co spotkało Zbyszka Liberę. Ale wydaje mi się, że on miał już kłopoty wcześniej – był zaangażowany w opozycję.

DR: Zbigniew Libera, jeden ze sztandarowych artystów dla Kultury Zrzuty, w latach 80. siedział w więzieniu za to, że drukował opozycyjną bibułę. On się śmieje z tego, że udowodnili mu druk 20 tysięcy. kopii, a jego produkcja szła w miliony. Nie wiadomo też dlaczego dystrybuował czasopismo "L`Osselvatore Romano".

GZ: Byliśmy inwigilowani, ale problemy, które poruszaliśmy były dalekie od polityki. [...]

Jacek Kryszkowski i "Halo haloo"

DR: Chciałbym żebyśmy opowiedzieli z różnych perspektyw – badaczy, ale także osób, które go znały – o Jacku Krzyszkowskim, jednym z bohaterów tej wystawy. Był on osiową postacią dla sztuki lat 80. Dzisiaj jego działalność jest słabo rozpoznawana. Dlaczego właściwie nic się nie zachowało z tego, co robił Kryszkowski, poza wspomnieniami i zdjęciami?

GZ: Kryszkowski zachowywał się destrukcyjnie. Był tak "zaprogramowany". Ale pozostało kilka jego prac. Adam je posiada i gdybyśmy zaczęli szukać w Polsce, to trochę by się odnalazło. Był szalenie uzdolniony, skończył Akademię Sztuk Pięknych, miał dyplom z malarstwa, uczył się też w szkole muzycznej, studiował przez rok etnografię. Miał bardzo szerokie zainteresowania. Gdy szukał argumentów, wyciągał skrzypce i zaczynał grać. Zdarzało się to w różnych sytuacjach. Natomiast nie znamy wiele przykładów jego twórczości malarskiej.

AR: To postać tragiczna, która potrafiła swoim życiem wyrazić, że nie zgadza się na uczestnictwo w kulturze, w sztuce, że odrzuca to wszystko. Fakt, był destruktorem, ale on po prostu destruował to, co mu się nie podobało. Prowadził swoje wydawnictwo. Władza komunistyczna lubiła podkreślać, że dobrze traktuje artystów i rozumie sztukę. Potrzebni byli jej ludzie, którymi mogłaby się pochwalić. Jednym z nich był Tadeusz Kantor. Gdy w pewnym momencie Kantor miał właśnie występować w Foksalu – a było widać wyraźnie, że nie protestuje przeciwko temu, co się dzieje w stanie wojennym – Jacek Kryszkowski ofiarował mu dyplom PRON. Skądś miał oryginalne dyplomy, które PRON wręczał znanym działaczom. Wpisał tam imię i nazwisko Tadeusza Kantora, wręczył mu go, potem rozrzucił ulotki i jeszcze strzelił do niego z korkowca, żeby go przestraszyć.

DK: Uważamy, że niewiele zostało po Kryszkowskim. Chcemy obiektów materialnych do oglądania. Oczywiście Jacek Kryszkowski robił takie prace, np. szopki ze zdjęć. Ale jeśli skupimy się na jego publikacjach, piśmie "Halo Haloo", "Hali Gali" lub na tekstach umieszczanych w "Tangach", to okaże się, że materiałów po nim zostało bardzo dużo. Przyszła mi do głowy jego realizacja w galerii Dziekanka, gdzie właściwie zaczynał ujawniać działania, które później w ramach Kultury Zrzuty pojawiały się stale. Zapraszał gości na wernisaż w galerii Dziekanka, pozostawiał informację, że go w tej galerii nie ma, że jest gdzie indziej, gdzie można przyjść i z nim porozmawiać. Na innych wystawach w tej galerii na początku lat 80. rozdawał publikacje „Wszędzie tam, gdzie jestem”. Były to właściwie artziny, które składały się z materiałów zgromadzonych, gdy chodził po różnych galeriach, do teatru lub czytał gazety. Postrzegaliśmy je jak ulotki poprzycinane do formatu artzina. Mamy zapisy, ślady, które Kryszkowski pozostawił po sobie, po prostu poruszając się w rzeczywistości.

Jednym z takich zdarzeń, miało miejsce podczas stanu wojennego. Andrzej Partum realizował wtedy w Galerii Studio performans, podczas którego najpierw rozdawał ludziom Manifest Pozytywnego Nihilizmu Sztuki, a potem usiadł przy stole ze znajomymi. Jacek Kryszkowski, który wiedział wcześniej, że coś takiego się odbędzie, ale nie znał dokładnie planów Andrzeja Partuma, wziął ze sobą na to wydarzenie w plecaku kocher i konserwy. Podczas performansu, Kryszkowski jako osoba z publiczności przysiadł się do niego, zaczął robić herbatę, jedzenie, wyciągnął wódkę i zaczęli pić. [...]

Kryszkowskiego można postrzegać jako człowieka wyłamującego się z kultury, który jednocześnie potrafił mówić o tym wyłamywaniu. Mógłbym porównać go z postaciami, które decydowały się na taką postawę wobec kultury, jak np. łączony z dadaizmem bokser Arthur Cravan, który wypłynął łódką gdzieś w morze – było to działanie artystyczne polegające de facto na popełnieniu samobójstwa.

GZ: Jeden z tekstów Kryszkowskiego, które mam, to rozmowa z profesorem Morawskim, quasi-relacja z wyprawy do Polinezji. Jest on na jednej z wysp i relacjonuje nam, co się tam odbywa w ramach tzw. kultury kija.

DK: A propos profesora Morawskiego, jest on autorem ważniejszych definicji, jeśli chodzi o awangardę. Morawski deprecjonował wartość takiej awangardy, która nie proponuje pozytywnych rozwiązań i prowadzi do wycofania się z kultury. Kryszkowski wchodził z profesorem Morawskim w dyskusję, bo nie zgadzał się z tym poglądem. Jeśli chodzi jeszcze o obiekty, to na wystawę "Bakunin w Dreźnie" Kryszkowski zrealizował nagrobek Bakunina, który położył przy wejściu na wystawę. Wszyscy ludzie wchodzący na wystawę musieli po tym chodzić, niejako symbolicznie depcząc anarchizm. Kryszkowski był też pomysłodawcą wyjazdu po prochy Witkacego. Obraz przedstawiający nagrobek Witkacego zrealizowany przez Krzyszkowskiego znajduje się prawdopodobnie w Muzeum ASP w Warszawie.

DR: Pojechali w poszukiwaniu grobu Witkacego, a potem pojawiła się taka domniemana historia, że Kryszkowski wykopał kość Witkacego, sproszkował ją i, jakbyśmy to dziś nazwali, w formie "giftu" dodawał do niskonakładowego magazynu, który wówczas publikował.

DK: Co ciekawe, w autorskim piśmie "„Hola Hoop" umieścił prochy Witkacego oraz pracę „Ziemia z grobu Marii (Konopnickiej z resztą)” przypisaną Adamowi Rzepeckiemu, który ją zaakceptował. Dla Kryszkowskiego Adam Rzepecki był ważny jako postać, która negowała jego działania.

Jak się rozstali?

DR: Chciałem, żebyście na koniec opowiedzieli jak dokonało się rozstanie z Kulturą Zrzuty. Gdy rozstają się The Beatles, to nagrywają razem ostatnią piosenkę, budzą się rano i już nie są The Beatles. Jak to jest, jak się kończy? Nagle powiedzieliście dość, już nie robimy nic razem?

AR: Decyzja, żeby to skończyć była bardzo uczciwa, bo w pewnym momencie pojawiła się możliwość komercjalizacji. Nawet zgłaszali się do nas chętni, którzy chcieliby wydawać "Tango" w nakładzie stu czy dwustu tysięcy egzemplarzy. Doszliśmy do wniosku, że uczciwiej będzie powiedzieć stop. Stąd też film "Maszyny drżące, kominy dymiące" czy "Stypa w Mandali".

GZ: Słusznie Adam zauważył, że takie rozmiękczenie to jedno, a naciski komercyjne to drugie. Jednak duch nie zginął.

DR: Myślę, że to jest dobre hasło na koniec naszej dyskusji.

Panel odbył się 29.11.2013.

Adam Rzepecki, "Preferuję bardziej zrzutę niż kulturę", BWA Sokół, Nowy Sącz, 29.11 – 29.12.2013.

http://www.obieg.pl/felieton/30846